Od kilku lat obserwuję, że większość rozmów o treningu kolarskim kręci się wokół dwóch parametrów: FTP i VO2max. Ktoś poprawił próg o kilkanaście watów – sukces. Ktoś ma wysokie VO2max – budzi to respekt. I oczywiście, to są ważne wskaźniki. Sam z nich korzystam i analizuję je w pracy z zawodnikami. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy traktować je jako jedyny wyznacznik rozwoju.
Z perspektywy trenera widzę coś innego. Widzę, że wyścigi rzadko wygrywa się samym testem, parametrami FTP itd. W realnych warunkach startowych ogromną część czasu spędzamy w strefie wytrzymałościowej, pomiędzy LT1 a LT2. To ta „szara strefa”, która kiedyś została mocno skrytykowana i przez wielu uznana za mało wartościową treningowo. Tyle że wyścig nie jest laboratoryjnym protokołem. Tempo faluje, pojawiają się długie odcinki mocnej, ale kontrolowanej jazdy, a dopiero później krótsze, intensywne akcenty. Jeśli w tej wytrzymałościowej strefie jesteś nieekonomiczny, zapłacisz za to w końcówce.
W praktyce dużo bardziej interesuje mnie to, jak zawodnik funkcjonuje właśnie tam. Czy przy tym samym tętnie jest w stanie generować większą moc niż rok wcześniej. Czy po dwóch godzinach jazdy potrafi utrzymać stabilną intensywność bez „odcinania prądu”. Czy koszt fizjologiczny wysiłku jest mniejszy niż wcześniej. Często zdarza się, że próg wzrasta nieznacznie, VO2max praktycznie się nie zmienia, a mimo to zawodnik w wyścigu prezentuje zupełnie inny poziom. Jest spokojniejszy, bardziej wydajny, mniej podatny na kryzysy. To jest progres, którego nie widać w opisie profilu.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że większość osób, z którymi pracuję, to zawodnicy 30+, 40+, 50+ którzy łączą sport z pracą, rodziną i codziennymi obowiązkami. Z wiekiem VO2max naturalnie spada i nie da się tego całkowicie zatrzymać. Do tego dochodzi ograniczona ilość czasu – osiem, dziesięć godzin tygodniowo to często realny maksimum. W takich warunkach ciągłe „pompowanie sufitu” ma ograniczony sens. Znacznie rozsądniej jest wzmacniać fundamenty, czyli poprawiać ekonomię jazdy, wydolność tlenową i odporność na narastające zmęczenie.
Im jesteśmy starsi, tym bardziej opłaca się być ekonomicznym. To podejście można realizować na wiele sposobów. Kluczowe jest planowanie treningu w przemyślanych cyklach, a nie przypadkowe dokładanie mocnych jednostek. Regularna praca w zakresie wytrzymałości tlenowej buduje bazę, która realnie przekłada się na starty. Trening siłowy poprawia efektywność pracy mięśni i pozwala generować moc mniejszym kosztem. Jeśli zawodnik ma nadmierną masę ciała, jej redukcja potrafi dać większy efekt niż kolejne kilka watów wyciśniętych z interwałów. Do tego dochodzi technika jazdy, pozycja na rowerze i odpowiednie zarządzanie regeneracją.
Coraz częściej mam poczucie, że w przyszłości będziemy więcej rozmawiać o tym, jaką moc jesteś w stanie utrzymać po 2000 czy 2500 kilodżuli pracy, jak stabilny jesteś w trzeciej strefie i jak reagujesz na zmęczenie, niż o samej wartości FTP. Bo rozwój w kolarstwie to nie tylko podnoszenie maksymalnych parametrów. To także umiejętność wykonywania dużej pracy w sposób możliwie najbardziej ekonomiczny.
Jeżeli masz dwadzieścia lat i kilkanaście godzin tygodniowo na trening, strategia może być inna. Jeśli masz trzydzieści osiem lat, firmę, rodzinę i dziewięć godzin na rower, potrzebujesz mądrego zarządzania energią – zarówno tą na treningu, jak i tą życiową. Cyfry są ważne. Ale dopiero w kontekście całego procesu nabierają realnego znaczenia.
Dajcie znać w komentarzu, co u Was zrobiło największą różnicę w ostatnich sezonach – sufit czy fundamenty?